Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatnie. Pokaż wszystkie posty

środa, grudnia 15, 2010

pampero

bo pampero winds, ostatnimi czasy,
też wieją- nie tędy...

wtorek, grudnia 14, 2010

czasami

wiem, że sama wielokrotnie powtarzam zdanie- że ludzie czasem się rozstają.
i chyba jedyna książka grocholi jaka mi się podobała- to było – przegryźć dżdżownicę.

chociaż przecież nie można wchodzić w żadne relacje- z założeniem, że kiedyś się skończą,
że kiedyś miną.
ja strasznie bardzo chcę wierzyć, że są rzeczy, które zawsze na zawsze będą.
choćby się zmienił cały świat….

i ciągle wraca do mnie stare zdanie z listu:
przyjaciel to człowiek, który w pewnym momencie coś w tobie zapalił,
a potem mogliście się rozejść. mówisz mu „adieu”, czyli do spotkania – w bogu.
spotkanie z człowiekiem w najgłębszym wymiarze jest jednocześnie
i powitaniem, i pożegnaniem.


tylko, że ja nigdy nie pamiętam, i nie chcę się tego nauczyć,
że powitanie jest nierozerwalnie związane z pożegnaniem.

choć niestety to widać najczęściej w spotkaniach po latach- że mimo całej sympatii,
gdzieś coś po drodze zginęło.
a czasem ktoś po prostu wstaje od stołu, po skończonej partii chińczyka
- i już nie siada do rewanżu.
i nie ma kolejnej rozgrywki.
a przecież życie nie jest grą.
nie chcę, żeby rzucało mi karty to powitań, to jokera pożegnań.

mimo wszystko- dla mnie- to jest tak, że wszystko zawsze, na zawsze będzie.
nawet- gdyby się zmienił cały świat.

* * *

poniedziałek, grudnia 13, 2010

w drodze

czasami zapominam o tym, że szczęście jest tylko drogą, a nie celem
i przeznaczeniem samym w sobie.
zwłaszcza trudno mi pamiętać o tym- w chwilach, kiedy zdarza się coś, co staje mi na mojej drodze, co wydaje się burzyć porządek rzeczy.
lubię swoje poukładanie, lubię swoich myśli uczesanie, a jednak zdarza się czasem,
że przychodzą różne zawieje i zamiecie, które wprowadzają nieład w to moje poukładanie.

ostatnio tydzień, właściwie ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi na ogarnianiu wszystkich zmian.
i choć czuję, że nadal wiele rzeczy nie udało mi się odłożyć na właściwe miejsce- sądzę, że powoli zaczynam ogarniać całość.

ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi także pod znakiem różnych spotkań- po latach, które jak to w takich sytuacjach bywa wiążą się też z różnego rodzaju podsumowaniami- co było, co jest, co minęło.

przy okazji spotkania z m. – przypomniało mi się, że to właśnie m. zawdzięczam poznanie i fascynację pewnym zespołem, pewnym rodzajem muzyki- który miał być moim never ever- a stał się evergreen.
a spotkanie to- było także właśnie takim spotkaniem rachunkowym- kiedy przyszło nam spojrzeć jak daleko odeszliśmy od naszych dawnych marzeń, jak zupełnie inaczej potoczyły się nasze losy
- na drodze szczęścia.
inaczej- niż to sobie kiedyś wyobrażaliśmy, i chyba inaczej niż tego chcieliśmy.

i w pierwszej chwili w takich sytuacjach pojawia się myśl- że nie tak, zupełnie nie tak miał wyglądać świat.

a jednak- mimo wszystko- nie możemy nie zauważyć
- że przecież i w tej inności jest jakiś porządek rzeczy, spraw, świata.

choć trudno tak naprawdę patrzeć w tył- i widzieć siebie z burzą innych pomysłów w głowie,
a posiadać obecne całkiem nowe.

kiedyś chciało się inaczej, stopy poszły inną drogą- teraz już zawracać nie będę.

być może- szczęściem będzie to- że można iść dalej, przed siebie, w kolejne światy.

***
serce inaczej chcialo,
stopy szły z trudem - nie tędy.
gdybym dawniej wiedziała.....gdybym wówczas umiała !
......teraz już zawracać nie będę.
brnę dalej, bo inaczej nie umiem...

zamiast modlitwy
kazimiera iłłakowiczówna

czwartek, grudnia 02, 2010

znowu

znowu pewne wydarzenia popsuły mi zen.
chociaż powracając w lipcu na bloga- wcale nie było tak idealnie, jak miało być.

tymczasem znowu zaliczam spadek formy, karmy,
i takich tam.

a sądziłam, że uda mi się ogarnąć, że będzie coraz więcej na plus,
już znowu zaczęłam myśleć troszkę radośniej:



kilka miesięcy temu- takie układanie różnych rzeczy połączyłam z odpoczywaniem od różnych różności.
tym razem: odłożę na zaś, na bok- różne prywatności
- zawsze miałam dystans do pewnych spraw, do siebie, do innych- w moim przekonaniu odpowiedni dystans,
stąd- tym bardziej za słuszne uważam- odłożenie prywatności na bok,
skoro i tak ich nie było zbyt wiele- teraz to odłożenie posłuży mi
w próbach poskładania kilku rzeczy w jedną całość- bez dodatkowych komentarzy.

* * *
plastry i skaleczenia są tylko intencjonalne.
w sensie: jeszcze nie udało mi się np. złamać ręki tej zimy ;-)

wiem, że mam kilka zaległych wpisów na temat kościoła- pewnie kiedyś się pojawią.
nadal- mam zamiar publikować książkowe podsumowania miesiąca/roku.
być może pojawią się też spektakularne sceny z życia korpo

czwartek, listopada 25, 2010

światło


kiedyś namiętnie kolekcjonowałam świeczniki.
sądziłam, że najważniejsze jest to, by zawsze mieć światło.
sądziłam, że takie światło przełoży się na to- że w każdym aspekcie życia zapanuje jasność.

dzisiaj- z uwagi na minimalizm, oraz inne zdarzenia
- pudło ze świecznikami stoi w piwnicy.

i nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze do niego powrócę.
(choć kilka egzemplarzy ma charakter kolekcjonerski).

ale co innego jest mi teraz światłem.

* * *
choć nie zamierzam przestać wierzyć, że bliskość jest najważniejsza,
że to ona jest najważniejszym budulcem relacji.

i że - choćby nie wiem co się działo- najważniejsza jest obecność.

poniedziałek, listopada 22, 2010

* * *

я-то знаю, как другие
смотрят в эти роковые,
слишком темные зрачки.
* * *

tylko ja wiem, jak to inni,
ciągle patrzą w nieszczęśliwe,
ciemne punkty w twoim oku.

(Arsienij Tarkowskij)

sobota, listopada 20, 2010

...

próbuję sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni nosiłam męską koszulę.

i pod wpływem tych rozważań i innych impulsów,
zupełnie nie minimalistycznie kupiłam dzisiaj planszę do go.
mimo, że w go grać zdecydowanie nie umiem...

ale to od długiego już czasu- pierwsza nowa rzecz u mnie,
która intencjonalnie odnosi się do dwóch osób.

zobaczymy, czy uczyć się, a potem grać- będziemy we dwoje.
(jeżeli spotkamy się oboje)

wtorek, listopada 16, 2010

amulet

wytnij we mnie amulet
pierwszego słowa tak
żeby przez moją skórę
przefrunąć mógł jak ptak

ziemi słońca i chmury
czasu nocy i dnia
wytnij we mnie amulet
twego oddechu ślad

sprowadź na mnie godzinę
każdą dobrą i złą
a odkryję nowinę
gdy uchylisz swą dłoń

gdyby były same piękne chwile
nie wiedziałbym że żyłem

* * *
a ja - na przekór czasem losom złym
- chcę pamiętać przede wszystkim piękne chwile.
nie dam się pokonać czarnym myślom.
ani złym wspomnieniom- choć i takie bywają.
ale dobrze, że zdarzają się, gdzieś tam daleko,
czasem poza mną, w innym świecie.
i odpływają, cofają się jak fale.

bo przez skórę tylko ciepło chcę czuć.

choć wiem, że to dzięki tamtym czarnym chwilom nauczyłam się rozpoznawać to, co jest jasnością.

* * *

środa, października 27, 2010

objects in mirror...

objects in mirror are closer than they appear.

a rzeczy nie zawsze takie są- na jakie wyglądają.

a dzisiaj- po wieloletniej przerwie- tak sądzę,
że co najmniej po 5-6 letniej spotkałam johnny'ego.

i jeszcze dziwniejsze, i jeszcze mniej wyglądające wydają się ścieżki,
którymi poprowadził nas los.

poniedziałek, października 25, 2010

niektóre

niektóre rzeczy przychodzą w życiu za późno ;-)

takie jak: znalezienie po 3 latach kluczyka od rowerzykowego zapięcia.
;-)

* * *
prywatnie: znowu próbuję się nawrócić na bieganie.
kilka prób w tym kierunku uczynionych.
i nie spodziewałam się, że poczuję to, co poczułam.

poniedziałek, października 18, 2010

gdy byłam mała

gdy byłam mała wierzyłam, że
moja niemiecka ciocia nie rozumie, a wręcz nie słyszy hałasu, który czynię ja,
bo przecież ja hałasuję po polsku.

gdy byłam mała wierzyłam, że
ta sama ciocia nie potrafi układać klocki domina tak,
by przewrócone ułożyły się w pewien wzór.

i choć w naszym domu częściej pachniało bzem i tulipanami,
niż konwaliami,
wierzyłam, że pewne rzeczy są takie, jak je sobie wyobrażałam,
jakie według mnie, i zgodnie z tym, co mówili mi rodzice być powinny.

a obecnie- co jakiś czas,
jak mi się wydaje, że już pewnej granicy zachowania, sposobu bycia przekroczyć nie można,
spotykam się z sytuacją, że ktoś pokazuje, że granicę można przesunąć jeszcze dalej.

czasami, jak patrzę z punktu przekonań jakie miałam będąc dzieckiem,
wydaje mi się, że ta granica została przesunięta poza horyzont,
że dawno już ją straciłam z oczu.

a tak wiele chciałabym po prostu widzieć.
mieć dobro w zasięgu ręki.

nadal: chcę się upierać przy zdaniu, że wierzę w ciebie- człowieku.

* * *
nadal mnie chwilami bawi jak ktoś eskaluje jakieś problemy.
do momentu, kiedy taka eskalacja mnie nie dosięga.

i choć to szalenie subiektywne: dziwi mnie,
że w takich sytuacjach nie wszyscy widzą spraw, tak jak widzę je ja.
albo, że nie widzą ich w sposób tak prosty jak prosto widziane być powinny,
gdzie biały jest białym, gdzie tak zawsze tak znaczy...
ja wiem, że temida ślepa jest,
ale przecież sprawiedliwość, rozwaga czy rozsądek- jedno oblicze mają...

sobota, października 16, 2010

kolorowo mi

jakiś czas temu przyznałam się do zachwycania się ilustracjami dla dzieci - autorstwa cicely mary baker
dzisiaj temat nieco poważniejszy ;-)

zważywszy, że jestem wielką miłośniczką haftu,
i haftować bardzo, ale to bardzo lubię
- i dodając do tego informację, że bywam zrywami bardzo ambicjonalna to....
... to zdarza mi się twierdzić, że nie ma rzeczy, której bym w hafcie nie zrobiła...

ale, ale - dzisiaj miało być nie o tym.
jak cicely mary baker- jest dla mnie niedoścignionym wzorem dla twórczości dziecięcej,
to tak team tylkowskiego z brygady ilustris.pl zachwyca mnie nie ustanie prostotą piękna.

kilka kresek, kilka kredek- i już się do nas z papieru kolorowy obrazek uśmiecha.
jak tutaj: zielona koniczyna- obowiązkowo czterolistna, jako zwiastun pogody i szczęścia.


albo- kolorowa kredka, podobna do tej, jaką czasem w kolczykach noszę,
dzięki której pomaluję twój świat.
albo- ty pomalujesz mój....



albo, taka hop-hopsasa kartka,
- projekt paweł loroch- oczywiście z ilustris.pl


* * *
oczywiście- z tych dzisiaj wymienionych najbardziej mnie zachwyca
druzgocąco piękny uśmiech z rana.
i tak- "robiłam" to kiedyś w hafcie ;-)
i tak samo, sobie od lat obiecuję, że zrobię taki haft i dla siebie,
że zawiśnie coś takiego, gdzieś, kiedyś tam- w moim domu.
w ramach ciągłego przypomnienia- żeby dzień zawsze uśmiechem zaczynać,
żeby z taką otwartością wyczekiwać każdej kolejnej chwili w życiu.

z tego miejsca i wam- takich druzgocąco pięknych uśmiechów o poranku życzę ;-)

piątek, października 15, 2010

zdarza się czasami

a i owszem, czasami zdarza mi się myśleć.

choć przyznaję, że najczęściej na zbyt wiele rzeczy reaguję impulsywnie,
i czasem (chyba) zbyt emocjonalnie.

i czasem przejmuję się rzeczami, na które nie mam żadnego wpływu,
a innym razem omijam szerokim łukiem kwestie, w które zdecydowanie powinnam się zaangażować.

co istotne- nie ukrywam, że kieruję się bardzo subiektywnie pojmowanym zen.
i na większość rzeczy patrzę sobie z mojego punktu widzenia.

na niektóre sprawy mam bardzo niski próg tolerancji,
(i na te reaguję strasznie bardzo mocno)
inne- z kolei- zupełnie mnie nie ruszają...

jak widać: po prostu blondynka ;-)

czwartek, października 07, 2010

ciągle

ciągle coś się dzieje,
ostatnio same zmiany,
w międzyczasie nadal staram się czytać książki.

powinnam też zacząć się przejmować różnymi rzeczami,
a jednak się nimi zupełnie nie przejmuję.

kilka wyborów za mną- zdroworozsądkowych,
a jednak powoli, spokojnie i w swoim tempie- ten rozsądek doganiają powoli uczucia.
myślę, że to będzie dobry czas.

ostatnio przeczytałam pewne książki - o podobnej tematyce.
i jak jedna z nich była tylko taką lekturą lekką,
druga- niby temat podobny- a opowieść przejęła mnie do głębi.

co będzie dalej- zobaczymy...

poniedziałek, sierpnia 30, 2010

słowa to są rzeczy

słowa to są rzeczy niewidzialne...

od lat- największe znaczenie dla mnie mają słowa.

a za najbardziej magiczne uważam słowa napisane.
i te niewypowiedziane.

stąd też- nauczyłam się swego czasu migać. do dzisiaj mam wrażenie,
że więcej umiem powiedzieć migając, niż mówiąc.
bo przy miganiu liczy się wszystko- każdy błysk w oku, przelotny uśmiech,
pewniejszy ruch ręki.

stąd też- bardzo lubię pisać listy. papierowe.
naklejać znaczki, i wysyłać je w podróż poprzez czas i przestrzeń.

stąd też: w ostatnich dniach wpisałam się do akcji postcrossing- gdzie pocztówki przemierzają świat.

myślę sobie, że to też jest lekcja dla mnie.
bo tutaj nie ma miejsca na wielostronicowe rozważania.
jest miejsce na kilkanaście słów, kilka zdań.
na gest ku pokrzepieniu, na gest otwartości wobec drugiej osoby
- że choć jest gdzieś daleko, że choć pewnie ten kontakt będzie tylko jednorazowy,
to nadal pozostaje gestem ważnym.

myślę sobie, że to jest dobry sposób na nauczenie się przekazywania myśli,
dzielenia się różnościami, uczenia się otwartości wobec innych.
małymi kroczkami.

* * *
chociaż moje pocztówki mają do pokonania praktycznie pół świata ;-)
to dla mnie samo napisanie tych kilku słów
- jest małym krokiem w stronę otwartości.
pocztówkowy świecie- przybywam!

wtorek, sierpnia 24, 2010

daję słowo: move on

przez ostatnie kilka tygodni, czy miesięcy próbowałam ogarnąć kilka prywatnych spraw.
jak wiadomo- z różnym skutkiem.

może w kilku aspektach te skutki nie były zbyt oszałamiające,
bo kurczowo trzymałam się różnych zaległości.

właściwie pierwszy taki przebłysk miałam kilka miesięcy temu jadąc na spotkanie z w.
i olśniło mnie wtedy- że nieważne co powiem,
to i tak nic nie zmienię. a nawet wręcz przeciwnie.
z każdą chwilą, z każdą kolejną próbą doprecyzowania , tak naprawdę się oddalałam.
i wysiadłam 3 przystanki wcześniej niż powinnam, i wróciłam do domu.

przez ten czas oczekiwałam różnych zmian- nie robiąc w ich kierunku żadnego zachęcającego gestu, mając nadzieję, że zmiany staną się same z siebie, bez mojego udziału.

a dzisiaj odważyłam się wyciągnąć do nich rękę.
i od razu zadzwoniłam do migi, chwaląc się tym.
i jak zwykle zaskoczyło mnie, że ona tak wiele rozumie.
i że ogromnym wyzwaniem było samo wykonanie takiego gestu
- tak naprawdę w stronę całego świata, i zaproszenie go do swojego życia.
niech się rozgości, niech wniesie nowe kolory, barwy i dźwięki.

move on (by urban dictionary:
jump out of the troublesome stuffs and go on with your life


* * *
nadal pracuję nad swoją listą 100things.
ale właśnie przestałam obawiać się tego, że na mojej liście znajdzie się ponad 100 rzeczy.
i z półki rzeczy przygotowanych do oddania- z powrotem odłożyłam na właściwie miejsce kolczyki w stokrotki.
za bardzo lubię nawet samą myśl o nich, takie przypomnienie, że oto są, wiosenne, że taki drobiazg, a jednak wiąże się z tyloma ciepłymi myślami, które pozostać mogą tylko moje.

a, i jednocześnie uświadomiłam sobie, że przez ten czas stosowałam bardzo wpażne (teologicznie) przesłanie i w strapieniu nie podjęłam żadnej decyzji.